Multikulti po japońsku - wszystkie religie na jednej ulicy


Co można robić w Kobe? Na przykład pooddychać "jednym z najczystszych powietrzy" w Japonii, wściubić nos do świątyni niemal każdej religii, wmieszać w tłum chińskich imigrantów czy poczuć luksusową atmosferę japońskiego Hollywood. Brzmi zachęcająco?

Z Kobe łączy mnie miłość od pierwszego wejrzenia, która przetrwała próbę czasu. Powodów jest całe mnóstwo. 


Przede wszystkim urzekła mnie atmosfera - nienachalna i niedusząca. Kobe jest na tyle duże, żeby nie czuć się intruzem, ale też i na tyle małe, by nie być jak kropla w morzu ludzi przemierzających ulice. Co jeszcze? Kobe nie przytłacza nieprawdopodobną ilością szarego, ciężkiego betonu, który króluje chociażby w Osace, miasto zdaje się być przez to wyrazistsze i bardziej dynamiczne. Kobe nie przygniata też zabójczą liczbą turystów, jak to ma miejsce w Kioto czy Narze, choć byłoby to sporym nadużyciem, gdybym powiedziała, że ich w ogóle nie ma.

Port wszystkiemu winny



Najważniejszym fundamentem miasta i jego dumą jest port - znany w historii Japonii już od VIII wieku, do którego wpływały chińskie dżonki handlowe. Średniowieczni dyrektorzy do spraw relacji z otoczeniem wykorzystali ten fakt i ogłosili Kobe jednym z najważniejszych portów na wyspach. Na szczęście szogunaccy PR-owcy aż tak daleko od prawdy nie byli. 

Ważnym faktem dla zrozumienia obecnej struktury Kobe i charakteru ich mieszkańców będzie to, że w 1858 roku jeszcze na 10 lat przed Restauracją Meiji (czyli wielkim otwarciem wrót Japonii na świat zewnętrzny) port Kobe zaczął normalnie funkcjonować na mocy Traktatu o Przyjaźni i Handlu pomiędzy USA i Japonią. Szybko więc Kobe nasiąkało międzynarodową atmosferą - przyjeżdżali tu cudzoziemcy, przywozili ze sobą modę, gadżety, nowinki, wiadomości. To chyba jasne, że wzrastanie w takim otoczeniu naturalnie sprzyjało tolerancji i mniejszemu zdziwieniu na widok wysokich, brzuchatych, zarośniętych na twarzy i dziwnie bladych przybyszów w melonikach skrywających zakola i łysiny. 

Obcy już nie taki obcy

Zresztą obcym i niekoniecznie tylko tym bladolicym mieszka się w dzisiejszym Kobe raczej dobrze. Świadczyć może o tym historyczna już dzielnica północna - Kitano Jinkan, którą zbudowali i zagospodarowali przybysze z odległych krajów.



Uliczki są wąskie i miejscami brukowane lub wyłożone cegłą stanowiącą świetną przeciwwagę do betonowych płyt chodnikowych. Witryny sklepowe zbudowane są na zachodnioeuropejską modłę - są drewniane lub imitujące drewno i pomalowane na fantazyjne kolory. Na budynkach wiszą flagi państw - głównie brytyjskie, francuskie i holenderskie. Warto przyjrzeć się kawiarnianym szyldom przywodzącym na myśl najbardziej hipstersko-artystyczne paryskie lokale. Latarnie - mimo tego że elektryczne - wyglądem przypominają te z końca XIX wieku. Nie zapomniano nawet o słupach ulicznych, które również dopasowane są do całości. To wszystko sprawia, że gdyby nie obecne japońskie pismo, można by na chwilę zapomnieć, że w rzeczywistości znajdujemy się na azjatyckiej wyspie. 



Dziś, choć nadal mieszkają tu potomkowie przybyszów, Kitano to atrakcja turystyczna miasta i ważny ośrodek różnych miejsc kultu. Tutaj niemal na jednej ulicy znajdują się świątynie największych religii świata

Tylko w Japonii obok meczetu stoi synagoga, a ich dobrymi sąsiadami są kościoły chrześcijańskie - katolicki, prawosławny, rosyjski, protestancki. Kilka kroków dalej złożymy ofiarę japońskim bóstwom kami, poszukamy oświecenia w przybytku Buddy, a na koniec obejrzymy egzotyczny rytuał modlitw w świątyni wyznawców dżinizmuPod tym względem Kobe to wyjątkowe i jedyne w swoim rodzaju miejsce na mapie całej Japonii! 

Meczet w Kobe - słowo o islamie w Japonii


Islam w Japonii? Wyobraźcie sobie, że istnieje takie zjawisko, choć jest ono na tyle marginalne, że samym Japończykom może być niezbyt znane. 

Przyjmuje się, że obecnie - wraz z imigrantami z Indii, Nepalu i Pakistanu - oficjalnie muzułmańscy Japończycy nie stanowią grupy większej niż 10 tysięcy wyznawców. Przy 130 milionach obywateli to liczba zdecydowanie śladowa... 

Islam w Japonii kariery nie zrobił, choć w historii zdarzały się epizody mogące mieć wpływ na bieg historii - najazdy mongolskie, wizytacje Arabów nawracających Malezyjczyków i Indonezyjczyków, handel międzynarodowy.

Źródłom historycznym znane jest nawet nazwisko pierwszego japońskiego konwertyty. Nazywał się Mitsutaro Yamaoka, a jego historia jest niezwykła


Omar Yamaoka
źródło: saudigate.jp
Studiował on język rosyjski na Uniwersytecie Tokijskim, więc gdy wybuchła wojna rosyjsko-japońska w 1904 roku, los rzucił go na kontynent jako tłumacza. Wojna na szczęście nie trwała zbyt długo, więc już rok później Yamaoka rozpoczął swą wędrówkę w poszukiwaniu samego siebie. Tak wylądował w Bombaju w Indiach Brytyjskich, gdzie spotkał rosyjskiego Tatara Abdula-Raszida Ibrahima, który charyzmą i aurą w 1909 roku spowodował nawrócenie na islam pierwszego obywatela Japonii - już nie Mitsutaro Yamaoki, ale Omara Yamaoki.

Omar wraz z Abdulem-Raszidem zaczęli wspólnie podróżować i doszli do wniosku, że może warto by jakąś przeciwwagę dla buddyjsko-szintoistycznego monopolu w Japonii zbudować. Abdul-Raszid Ibrahim stwierdził, że wchodzi w to i wyruszyli do Tokio, by szerzyć słowo proroka Mahometa w Japonii. 

W ten sposób Abdul-Raszid Ibrahim został pierwszym tokijskim imamem. Zajął się on wzniesieniem nowej i dziwnej dla ówczesnych Japończyków budowli - zwanej "mosuku" (meczetem). Przybytek Allaha został oddany do użytku w 1938 roku. Spóźnili się jednak. O 3 lata.

Kobe Musurimu Mosuku to pierwszy meczet na terenie Japonii działający już od 1935 roku. Żeby było ciekawiej - za jego wygląd i projekt odpowiada czeski architekt, a za sfinansowanie przedsięwzięcia pewien bombajski rekin finansowy. W przeciwieństwie do Tokio, w którym muzułmanie pojawiali się okazjonalnie, w Kobe mieszkało ich na tyle dużo, by zadbać o właściwe miejsce kultu. Meczet przetrwał wojnę, przetrwał wielkie trzęsienie ziemi w 1995 roku i do dziś spełnia swoją funkcję jak należy. 



Meczet w Kobe można oczywiście zwiedzać i teoretycznie nie można robić w nim zdjęć, co głoszą wszelakie napisy. Jednakże pan z Bangladeszu (imienia nie pamiętam), który się nim opiekował tego dnia, nie tylko pozwolił, to jeszcze pokazał palcem, co powinniśmy obfotografować. Na koniec uraczył nas kwiecistą i bardzo emocjonalną przemową, że muzułmanie nie są terrorystami. Zgodziliśmy się z nim zupełnie szczerze, więc miał poczucie, że spełnił dobry uczynek i był wyraźnie z siebie zadowolony. 

Synagoga w Kobe - słowo o judaizmie w Japonii



Judaizm w Japonii? Takie zjawisko też istnieje w Japonii, ale jest ono jeszcze mniej rozpoznawalne niż islam, który pojawił się 60 lat później. Choć ze względów historyczno-wojennych, kim są yudayajin (Żydzi) i Anna Frank, Japończycy wiedzą. Co prawda samych wyznawców Jahwe stale zamieszkujących Japonię nie spotkamy więcej niż dwa tysiące. 

Pierwsi Żydzi przekroczyli próg Japonii, schodząc po trapie statku US Navy w Yokohamie razem z wielkim amerykańskim komodorem Matthew Perrym (tym, co zmusił Japonię do otwarcia na świat), a pierwszy nagrobek żydowski w Japonii datuje się już na 1865 rok. To chyba jasne, że ówcześnie żyjących kilkadziesiąt żydowskich rodzin zdecydowało (głównie rosyjskich, ale też i niemieckich oraz francuskich), że chce mieć profesjonalne miejsce kultu, a nie bylejaką prowizorkę, dlatego już pod koniec XIX wieku w Tokio powstała piękna synagoga. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie tragiczne trzęsienie ziemi... Ucierpiało większość budynków, w tym i synagoga. 



Nie było wyjścia, diaspora zdecydowała więc o przeprowadzce do Kobe. I tutaj szczęście im nie dopisało, bo i tutejszą synagogę Ohel Shelomoh spotkał podobny los. Legła w gruzach po nalotach bombowych na miasto w trakcie II wojny światowej. W latach 70. stanęła ponownie i miejmy nadzieję, że nic złego już się nie wydarzy.


Chiune Sugihara w gabinecie [na ścianie mapa II RP]. Źródło: japantimes.com
W tym miejscu nie mogę nie wspomnieć o japońskim Schindlerze z litewskiego Kowna, który zapisał się w historii ratowania Żydów uciekających przed hitlerowcami z terenów Polski i Litwy. Nazywał się Chiune Sugihara i wydał kilka tysięcy wiz tranzytowych, dzięki którym Żydzi mogli trafić do portu Tsuruga w prefekturze Fukui przez Związek Radziecki, a następnie do holenderskiego terytorium Curaçao u wybrzeży Wenezueli. Niektóre źródła podają informację, że dziś żyje ok. 100 tysięcy potomków Żydów uratowanych przez Sugiharę.


Wizy tranzytowe wydawane przez Sugiharę. Źródło: japantimes.com
Jeśli judaizm - mimo że w mikroskali - funkcjonuje i ma się dobrze, to pojęcie antysemityzmu praktycznie się nie wykształciło. Lepiej nie liczyć dziwnego przypadku podarcia Dzienników Anny Frank w tokijskiej bibliotece w 2014 roku, bo trzydziestoparoletni sprawca okazał się niepoczytalnym psycholem.

Dźinizm w Japonii 



Bynajmniej nie chodzi o niebieskiego dżina ze złotej lampy. Dźinizm to nawet duża religia, która podobnie jak buddyzm nie zajmuje się oddawaniem czci bogom lub bóstwom. Swoimi korzeniami sięga starożytnych Indii i - jak wiele religii z tego regionu - za główną zasadę uznaje niezadawanie cierpienia istotom żyjącym (tzw. ahimsa), co w praktyce oznacza restrykcyjny wegetarianizm. Dźiniści bardzo poważnie podchodzą do swoich praktyk religijnych, które w dużej mierze opierają się na medytacji, wyrzekaniu dóbr doczesnych i umiarze. 

Historia japońskiego dźinizmu nie jest aż tak krótka, ale materiałów dostępnych na ten temat nie ma zbyt wiele. Wiadomo, że na terenie Japonii mieszka ponad 20 tysięcy Hindusów różnej wiary. Kobe - dzielnica Kitano - stało się centrum kultu dźinizmu, gdzie w 1985 roku w bardzo uroczysty sposób otwarto świątynię Mahawiry dla około 40 osób. Musicie wiedzieć, że tak jak założycielem buddyzmu był książę Siddhartha zwany też Gautamą, tak liderem dźinistów miał być wielki Mahawira (również wysoce urodzone royal baby). 

Świątynia w Kobe jest wkomponowana pomiędzy dwa budynki z cegły (lub pokryte czymś, co udaje cegłę), jest biaława i wygląda na marmurową. Nad bramą znajdują się wyrzeźbione figury słoni, które od razu informują, że to miejsce egzotyczne. Podobnie jak w meczetach przed wejściem należy ściągnąć buty, trzeba zachowywać się bardzo cicho, aby nie rozpraszać się medytujących oraz obowiązuje zakaz fotografowania za wyjątkiem holu wejściowego. 



Zwiedzanie tego miejsca musi być popularne [przynajmniej w Kobe], ponieważ akurat trafiliśmy na wycieczkę uczennic prywatnej katolickiej szkoły żeńskiej w trakcie kengaku, czyli uczenia-się-poprzez-oglądanie[prawdopodobnie podczas religionawstwa].



Skoro mowa o katolikach, czas na coś mniej egzotycznego. 


Chrześcijanie w Kobe

Chrześcijaństwo w Japonii i różne jego odłamy to temat rzeka, dlatego nie będę się rozpisywać. W wersji bardzo skróconej i podstawowej wiedzieć należy, że japońscy chrześcijanie stanowią grupę poniżej 1%, czyli w sumie nie jest ich aż tak mało. W skład tego jednego procenta wchodzą - oprócz katolików - protestanci, mormoni, świadkowie Jehowy i prawosławni. 

W Kobe mają oni swoje świątynie, ale w przypadku niektórych trzeba wiedzieć, jak szukać. Część ukrywa się w wąskich uliczkach i skromnie wyróżnia z otoczenia, podczas gdy innych nie sposób przeoczyć. To swoisty miszmasz wszystkich stylów architektonicznych tworzących nieco kiczowatą mozaikę.


  

Chcieliśmy wejść do środka kościoła prawosławnego [zdjęcie powyżej], nawet dzwoniliśmy kilka razy domofonem, ale w środku najwyraźniej nie było żywej duszy.

A zawartość Japonii w Japonii?

O to martwić się nie trzeba. W dzielnicy Kitano znajduje się słynny chram szintoistyczny Tenman. Musicie do niego zajrzeć, bo to miejsce, zgrywając pozory nowoczesności, liczy sobie grubo ponad 800 lat! Prowadzi do niego wiele dość stromych kamiennych schodów, więc wspinanie się grozi lekką zadyszką... 



Zdecydowanie jednak warto się przemęczyć, bo z góry rozciąga się widok na samo Kobe. 



Poza tym - jak się okazuje - to świetne miejsce, aby wziąć ślub. Oferta ślubna jest bogata, śluby odprawia się o określonych godzinach, opłaty są wysokie, ale cóż - ślub dla kościoła każdej wiary to złoty interes. 




Oprócz Tenman w Kitano znajduje się jeszcze kilka innych chramów, ale zdecydowanie ten należy do najczęściej odwiedzanych i najbardziej popularnych.

Multi-kulti po japońsku



Część holenderska to chyba najładniejszy zakątek Kitano, choć pewnej dozy szcztucznizny i kiczu nie da się mu odmówić [bynajmniej nie jest to zarzut]. W restauracjach pracują młode Japonki wystylizowane na Holenderki, niektóre nawet stukają drewniakami. Samo miejsce przyciąga oko cukierkową czerwienią markiz i okiennic. To miła odmiana wśród ogólnej szarości i nijakości japońskiej architektury.



Znajduje się też tutaj dużo budynków-muzeów będących spuścizną po imigrantach europejskich. Można zwiedzić np. dom brytyjski, dom francuski czy dom holenderski. Ponadto otwarte są też były chiński konsulat, budynek związku cudzoziemców oraz Muzeum Uroko, do którego z ciekawości zajrzałam. 

Po pierwsze sam budynek... bardzo oryginalny.



Po drugie - angielska czerwona budka telefoniczna oraz urocza rzeźba z brązu prezentująca dzika... 

Po trzecie - nawet interesująca (ale bardzo mała) wystawa malarstwa. W zbiorach pojawi się i polski artysta Ryszard Zając, którego prace znajdują się głównie w prywatnych japońskich rękach. 



Poza malarstwem obejrzy się tutaj pokaźną kolekcję antyków - mebli, skrzyń, naczyń stołowych i porcelany.



Kulinarnie Kitano ma wiele do zaoferowania, ale pewnie nie będziecie zainteresowani próbowaniem rosyjskich potraw w Japonii. Może warto więc wstąpić do brzmiącej z francuska restauracji La Terrasse Kitano, gdzie oprócz zachodniej pizzy, podają japońskie curry? Gdy wasz żołądek odmówi posłuszeństwa i zażąda czegoś "normalnego", dajcie mu pizzę z Kitano. 



Spacerując po Kitano, można natknąć się na wiele ciekawych rzeczy, od architektury, przez inspirowany Europą design, po samych ludzi - stylizowanych ("stylowych") bądź nie.





Jeśli tylko zajrzycie do Kobe, poświęćcie co najmniej godzinkę lub dwie na dzielnicę Kitano. Moim zdaniem, będzie to interesujące i prawdopodobnie pouczające przeżycie. 

Jak dojechać?

Szybko i bez większych problemów. Musimy się znaleźć na stacji Shin-Kobe, do której dojedziemy:

z Tokio 
wsiadamy w shinkansen Hiraki i wysiadamy na stacji Shin-Kobe (czas przejazdu ok. 3:15h, bezpośrednio, obowiązuje rezerwacja miejsca)

z Kioto
wsiadamy w Hiraki i jedziemy do Shin-Osaki ok. 14 minut, następnie przesiadamy się w drugi shinkansen Kodama (wymagana jest rezerwacja) i po 13 minutach jesteśmy na miejscu.

z Osaki
w tym przypadku podróż będzie bardzo krótka. Na stacji Osaka wsiadamy w lokalny pociąg JR Kyoto Line w kierunku Takatsuki, lepiej się nie rozsiadać, bo po 4 minutach wysiadamy w Shin-Osace i prawdopodobnie użyjemy albo shinkansenu Kodama albo Sakura (obowiązuje rezerwacja miejsca)

Po wyjściu ze stacji kierujemy się na południe i to wszystko! 


Następny post
« Prev Post
Starszy post
Następny Post »
6 Komentarzy
avatar

A mogłoby się wydawać, że taka wspaniała koegzystencja wielu kultur i religii to jedynie domena kosmopolitycznego Tokio! Dziś dowiedziałam się wielu ciekawych rzeczy. Wielkie dziękuje

Odpowiedz
avatar

Harmonia Japonii najwidoczniej i wyznawcom różnych religii się udziela, że tak potrafią obok siebie żyć. Nigdy się właściwie nie zastanawiałam, jak takie mniejszości żyją, więc jestem ogromnie wdzięczna za ten post! Bardzo ciekawy.

Odpowiedz
avatar

Kobe i Nagasaki pod tym względem wiodą prym ;-) a Tokio zmieniało się stopniowo w czasie.

Odpowiedz
avatar

Cieszę się bardzo, że Ci się podobał ;-) zwłaszcza, że był dłuuuuugi i miałam co do tego obawy.

Odpowiedz
avatar

Bardzo ciekawy artykuł - gratulacje dla Autorki.
Dodam, że w Polsce takie zlepki kulturowe również są dostępne (np. Hrubieszów czy Wojsławice).

Odpowiedz


WSZYSTKIE KOMENTARZE O CHARAKTERZE REKLAMOWYM BĘDĄ KASOWANE.