Sprzątanie po japońsku według Marie Kondo


Kiedy wybrałam się ostatnio do księgarni, wpadła mi w ręce dziwna pozycja. Gdy zajrzałam na tył okładki, przeczytałam takie zdanie: "Dzięki rewolucyjnej metodzie KonMari możesz pozbyć się raz na zawsze bałaganu i natłoku rzeczy". Hmm... Czy to w ogóle możliwe w moim przypadku? Jestem znana z niepoprawnego bałaganiarstwa, klamociarni praktycznej i chomikarstwa stosowanego od dzieciństwa. Stwierdziłam - dam jej szansę. Mówi, że rozprawi się z moim bałaganem raz a dobrze, proszę uprzejmie, niech się rozprawia. Efekty? Zaskakujące.



Mowa o niedawno wydanej bestsellerowej książce autorstwa Marie Kondo pt. Magia sprzątania. Japońska sztuka porządkowania i organizacji funkcjonująca pod japońskim tytułem Jinsei ga tokimeku katazuke no maho, która doczekała się już w Japonii kontynuacji, wywiadów w prasie japońskiej i zagranicznej [w tym i polskiej], a nawet godzinnej telewizyjnej dramy [która jeszcze przede mną]. 




Czyta się ją bardzo lekko i szybko. Początek jest dosyć pretensjonalny naszpikowany magicznymi odniesieniami o niesamowitym wpływie porządku na całe życie domowe, społeczne, a nawet duchowe. Marie Kondo zapewnia, że szczęście człowieka zależy przede wszystkim od tego, w jakiej przestrzeni mieszkamy - czy otaczamy się przedmiotami, które sprawiają nam przyjemność, czy też siedzimy w brudnej graciarni. Pyta, czy każda rzecz ma swoje miejsce, czy może wszystko leży bezładnie w chaosie. Bynajmniej nie za takie banały będziecie płacić 30 zł! Gdy przebrniecie przez pierwszą część, przechodzi się do części praktycznej, gdzie Marie Kondo wprowadza nas w autorską metodę zwaną KonMari [od jej nazwiska] odgruzowywania maneli a tym samym - naszego życia.

Skąd pewność, że KonMari zadziała? Autorka chwali się, że od 5. roku życia zajmowała się tylko sprzątaniem, układaniem, porządkowaniem, wyrzucaniem, segregowaniem i składaniem. Po kilkunastu latach pogłębionych testów i badań w tym zakresie, opracowała oryginalny proces sprzątania, a właściwie rytuał, który ma pomóc nam odciąć pępowinę łączącą nas z naszymi rzeczami. Ma on też pomóc odejść naszym rzeczom w spokoju, czyli pozwolić nam odetchnąć z ulgą lub w ogóle oddychać pełną piersią.



Jak pisze autorka, ważne jest, żeby sprzątać kategoriami i zacząć od ubrań, następnie przejść do książek, później papierów, a na końcu zająć się drobnicą, która bez celu zalega w szafkach i na półkach. Na deser należy odłożyć rzeczy o wartości sentymentalnej, bo wyrzucanie takich przedmiotów do najłatwiejszych zadań nie należy. Najważniejsze jest, aby wyłożyć wszystkie "obiekty" z danej kategorii na środek pokoju, tak naprawdę dopiero wtedy będziemy w stanie ocenić, jak ogromną ilość nachomikowaliśmy. Każdy "obiekt" czy to będzie ubranie, czy książka, powinniśmy wziąć do ręki i ocenić, czy sprawia on nam przyjemność, czy budzi radosne uczucia, czy jest nam niezbędny, czy też nie. Przy okazji możemy dokładnie się mu przyjrzeć, czy nie jest zniszczony, przetarty, wymagający naprawy lub absolutnie w stanie nie do użytku. Następnie podane są małe porady, jak radzić sobie z podejmowaniem decyzji, bo z niektórymi rzeczami mamy nie lada kłopot - po pierwsze - wydaliśmy na nie pieniądze [czasem nawet spore], po drugie - "a może to się jeszcze kiedyś przyda", po trzecie - "jakieś inne może". 

Przeczytałam książkę, postanowiłam, że przystąpię do działania - "teraz albo nigdy". Wyłożyłam wszystkie ubrania na środek. Gdy zobaczyłam tę hałdę, pomyślałam sobie: "I po co mi to było?!" I tym optymistycznym akcentem zaczęłam festiwal segregowania... 


Nad każdym elementem mojej garderoby włącznie z majtkami i skarpetkami dumałam oddzielnie. Jeżeli przez chwilę miałam moment zawahania, to decyzja zapadała nieodwołalnie. W ten sposób odpadła połowa i rzeczywiście, zostały mi tylko te rzeczy, w których czuję się dobrze i które lubię. Nic ponad to. Na szczęście wszystko pojedzie dla osób potrzebujących, więc nie mam żalu, że się zmarnują. 

Następnie eksperymentowałam ze składaniem i faktycznie - po ułożeniu skarpetek pionowo w pudełku mam jeszcze 2/3 wolnej szuflady. Poukładałam tak jeszcze spodnie, swetry i koszulki. 

Z książkami poszło mi znacznie gorzej, bo jeśli chodzi o mój faktyczny dobytek, to stanowią go tylko książki w ilości mniejszej biblioteki gminnej. I tak jak do ubrań nie mam serca, nie przywiązuję też do nich wagi, tak książki to inny kaliber - znam je wszystkie i wszystkie doskonale pamiętam. Z tępym kłuciem w klatce piersiowej, prawie ze szklankami w oczach i ciężkim oddechem ułożyłam kilka stert pozycji "beznadziejnych", "mniej wybitnych" i takich, których "nie lubię tj. kupione po to, żeby kupić". Do tego kolejne hałdy czasopism. Okazało się, że są tak ciężkie, że potrzebne będą min. dwie walizki na kółkach, żeby je przetransportować do bibliotek. Najgorsze jest jednak to, że optycznie ilość książek, mimo tak dużej selekcji, wcale się nie zmniejszyła. I każdy, kto widział po tych rewolucjach mój dom, również zwrócił na to uwagę.

Na tym nie koniec... Na skraju załamania nerwowego z drżącymi rękami postanowiłam po latach wywalić wszystkie notatki ze studiów [i tak nie zaglądałam do nich]. A byłam - jak się okazuje - ultra-ambitna - 1,5 największej torby papierowej z Ikei? Luzik. Wynosiłam do kontenera na papiery na trzy razy. Drobnica z kolei wypełniła 8 worków na śmieci i w tej chwili nawet nie umiem określić, co w nich było... Nie pozbyłam się, mimo usilnej namowy pani Kondo, moich rysunków z podstawówki [a miałam naprawdę porażający talent :D], Polly Pocket w wersji zimowa księżniczka, pocztówek ani kolekcji ołówków, którą od 15 lat regularnie powiększam. Za to zapakowałam to wszystko elegancko do jednego pudełka i gdy zajrzę do niego za 10 lat na pewno łezka w oku mi się zakręci. Później przyszła kolej na kuchnię i łazienkę - tutaj też odkryłam "skarby świata", ale o tym nawet nie wypada mówić publicznie. 

Gdy skończyłam zastanawiałam się, jakim cudem udało mi się takie kosmiczne ilości nagromadzić? Kiedy tak naprawdę proces chomikarstwa się "wydarzał"? Jedno jest pewne, po takim totalnym uprzątnięciu wszystkiego, rzeczywiście czuje się dziwną lekkość, powietrze też staje się bardziej przejrzyste. Minął już tydzień odkąd przeczytałam książkę Marie Kondo i wprowadziłam w czyn metodę KonMari. Porządek się utrzymuje, bo ja go codziennie podtrzymuję. Byłam w szoku, że zaczęło mi to wychodzić. Jak na razie "pan Kulka" do niedawna tworzący się na krześle i potrafiący wsysać pokaźną część mojej szafy, mam nadzieję, że wyprowadził się z mojego życia na zawsze i nigdy więcej nie będę musiała przekładać ciuchów z krzesła na łóżko, żeby usiąść do komputera i z łóżka na krzesło, żeby móc pójść spać. Jestem z siebie dumna. No i najważniejsze - nie mam najmniejszej potrzeby kupowania żadnych bzdur. A to duży sukces.

Książka Marie Kondo zainspirowała mnie, by poszperać trochę głębiej w temacie sprzątania. Przeglądałam więc w ostatnim czasie strony dotyczące porad o ekologicznym czyszczeniu różnych powierzchni, o składaniu ubrań itp. Kupiłam sobie też konkurentkę Marie Kondo - znaną Wam z pewnością - Dominique Loreau [autorkę bestsellerowej Sztuki prostoty]. Otóż Loreau napisała dwie książki poświęcone - pierwsza - sztuce sprzątania, a druga - sztuce porządkowania.

Jeśli mnie pytać o zdanie, bardziej przekonuje mnie metoda Marie Kondo, nie dlatego że akurat ona jest Japonką, a Loreau tylko Francuzką mieszkającą w Japonii przez 30 lat. Język Magii sprzątania jest tak prosty, wręcz banalny, tak ludzki, pozbawiony filozofowania, dywagowania, ozdobników, że nawet taki leń patentowany jak ja, entuzjastycznie złapał w dłoń worki na śmieci i przystąpił do działania, a co więcej - umył z własnej nieprzymuszonej woli lodówkę o godzinie 7:00 rano w sobotę. W przypadku propozycji Loreau, mam wrażenie, że, gdybym przeczytała jej książkę utrzymaną w duchu zen ze znaczną liczbą górnolotnych epitetów jako pierwszą, nie zdobyłabym się na jakąkolwiek faktyczną motywację do działania. Wydaje mi się, że marzenie o tym, aby czyszczenie gorącym octem podłóg stawało się rytuałem, z którego mam czerpać energię na cały dzień, to przesada. Gorący ocet zwykle zwala z nóg... Z tego względu uważam, że Sztuka sprzątania oraz Sztuka porządkowania Loreau powinny stanowić uzupełnienie Magii sprzątania i moim zdaniem, ważne jest, aby czytać je w drugiej kolejności.



Pan Sól nie podziela mojego zachwytu nad książką Marie Kondo. Odnosi się do niej wręcz z chłodnym dystansem, ponieważ nie rozumie, jak można nie umieć sprzątać, robić wokół siebie bałagan, a na dodatek chcieć kupować książkę, która mówi o tym, że "trzeba sprzątać, bo to jest ważne". Dla niego brzmi to jak absurd. Być może ma rację. Jednakże nie odzywa się, bo wyraźnie widzi i czuje efekty. Udało mi się nad moim chaosem zapanować, który zdecydowanie utrudniał życie nam obojgu. I to chyba właśnie jest ta "magia". Po prostu w końcu mi się udało. 

PS. zobaczymy na jak długo. 


Polecam zajrzeć na oficjalną stronę Marie Kondo: www.konmari.com 
oraz na jej bloga: www.ameblo.jp/konmari
Następny post
« Prev Post
Starszy post
Następny Post »
8 Komentarzy
avatar

Totalnie nie dla mnie rzecz, ja mam sentyment nawet do podartych ubrań, ale gratuluję, że u Ciebie zadziałało :)

Odpowiedz
avatar

Też mam sentyment do moich rzeczy, ale w sumie nie odczuwam ich braku teraz. O większości już nie pamiętam :-)

Odpowiedz
avatar

Ciekawe, ale akurat książek i porządnych magazynów się po prostu nie wyrzuca, nawet gdy są już zniszczone i stare! :P Rozumiem, że było trudno.

Odpowiedz
Ten komentarz został usunięty przez autora. - Hapus
avatar

Czytam Twojego bloga, nominowałam go do nagrody Liebster Blog Award, gratuluję, pytania zadane znajdziesz na moim blogu
pozdrawiam
j

Odpowiedz
avatar

Czytam sobie Twój wpis i myślę, że miałabym taki sam 'problem książkowy' natomiast mogę się założyć, że nie byłabym w stanie wyrzucić/oddać absolutnie nic. Tę książkę widzę już na którymś z kolei blogu i zaczynam być nią poważnie zaciekawiona :)

Odpowiedz
avatar

Ja jestem w ttrakcie czytania i to co dała mi już ta książka jest dla mnie bezcenne! Motywację do wprowadzania zmian. Wczoraj w końcu "odgruzowałam" moją sypialnie. Ubrania 'same wychodziły' z szafy i najlepiej się czuły na podłodze. To było takie frustrujące! A wczoraj w końcu to ogarnęłam. Zasypiałam w schludnej, pachnącej świeczuszkami sypialni. To było mega inspirujące. Dziś już tylko czekam aż wrócę do domu i zabiorę się za dalsze porządki. Co do Dominique Loreau czytałam ją jako pierwszą i nie zainspirowała mnie tak jak Marie Kondo.

Odpowiedz


WSZYSTKIE KOMENTARZE O CHARAKTERZE REKLAMOWYM BĘDĄ KASOWANE.