"Banzai" - przepiękna książka nie tylko dla dzieci


Jestem absolutnie zachwycona ilustracjami, dizajnem, stylem tekstu i w ogóle całym pomysłem na książkę, choć drobne zastrzeżenia się znajdą. 



Jakiś czas temu moje ulubione wydawnictwo książek dla dzieci Dwie Siostry wydało Banzai autorstwa Zofii Fabijańskiej-Micyk w serii Świat dla dociekliwych. Jak informuje strona www: "Seria prezentuje kulturę różnych krajów: opowiada o miejscach, postaciach, zabytkach, potrawach i pojęciach, o których prawie każdy słyszał, ale mało kto naprawdę zna kryjące się za nimi historie – a także o tych mniej znanych, które warto poznać". 


Zabrałam się zatem do poznawania Japonii oczami dziecka.


Dla dzieci i dla dorosłych chcących szybko wiedzieć więcej



Przeczytałam Banzai od deski do deski z wielkim zainteresowaniem, mimo że moja kategoria wiekowa kilkukrotnie przewyższa 8+. Styl jest jasny i wartki, nie ma zgrzytów, więc płyniemy po tekście jak po gładkiej tafli wody. Posługiwanie się piórem przychodzi autorce bardzo lekko, a i doświadczenie dziennikarskie do tego się przyczynia. Jestem przekonana, że lektura przypadnie do gustu każdemu - również i dorosłym niespecjalnie lubującym się w skomplikowanych językowych strukturach naszpikowanych nieprawdopodobną ilością środków poetyckich, a nawet i tym lubującym się, bo w tym przypadku prosty nie oznacza prostacki.




Jak wygląda japoński Dzień Dziecka, kiedy w Japonii dostaje się prezenty, jakie są tradycyjne zabawy i wojownicy ninja - to tematy nurtujące większość małolatów. Oprócz tego dowiemy się co nieco o targach rybnych, hanami, kulturze kąpielowej, najważniejszych matsuri, czyli festiwalach, kuchni (na końcu znajdziemy proste przepisy!), zabezpieczeniom przeciw katastrofom naturalnym czy religii. Podobają mi się tytuły poszczególnych rozdzialików - są błyskotliwe i pozytywnie nastrajające do ich lektury. "Gumowe domy", "Rozpędzone obrazki" czy "Złodzieje w skarpetkach" to tylko niektóre z nich. Autorka zręcznie też przemyciła japonistyczne żarty jak np. "daj dzioobu" (co po japońsku znaczy "wszystko ok?"). 





W mojej ocenie Zofia Fabijańska-Micyk wybrała najważniejsze zjawiska występujące w kulturze japońskiej i opisała je w zabawny sposób. Dzieciaki mogą się dowiedzieć, w jakiej rzeczywistości żyją ich rówieśnicy po drugiej stronie globu. Mam nadzieję, że rodzice będą w stanie zaszczepić w nich ciekawość świata i otwartość na odmienności. Banzai. Japonia dla dociekliwych wesprze ich w tym.

Dla fanów ilustracji dla dzieci



Muszę wspomnieć, że mój zachwyt nad tą propozycją nie byłby nawet w połowie tak wielki, gdyby nie oprawa graficzna stworzona przez Joannę Grochocką. Uwielbiam ilustracje dla dzieci i - będąc w podróży zagranicznej - nie mogę przepuścić okazji, by nie zajść do księgarni i nie poprzeglądać, jak to wygląda w innym kraju. Dodam, że bardzo trudno mnie zadowolić, bo zdarza się, że ilustracje są dla mnie za słodkie albo - co gorsza - zbyt groteskowe i wręcz odstręczające. 




Joanna Grochocka wstrzeliła się w mój gust idealnie. Unika niepotrzebnej szczegółowości, z rozwagą zestawia kolory, które raczej są stonowane niż bijące po oczach, no i nawiązuje do estetyki japońskiej, choć umiejętnie ją modyfikuje. Mogłabym tak jeszcze długo, ponieważ podoba mi się bez wyjątku każda, ale to każda, strona.



Najważniejsze jest jednak to, że ilustracje świetnie oddają to, o czym jest dany fragment i pomagają wyobrazić sobie, jak przyjemnie może japońskie życie - odmienne od naszego - wyglądać. Oczywiście, że po przyzwyczajeniu się do takiego bajkowego obrazka, rozczarowanie jest bolesne, gdy okaże się, że nie w każdym domu je się na matach tatami, że nie w każdym domu śpi się na futonie, a japońskie dzieci zamiast grać w tradycyjne japońskie gry, nie odklejają się od komputerów, robiąc miazgę z zombie. Ale mnie osobiście absolutnie to nie przeszkadza, bo autorka nie używa słów: "wszyscy", "zawsze" czy "nigdy"

O kłopotliwej japońszczyźnie


Tak jak śpiewam peany na cześć Banzai, tak muszę wyrazić swój drobny żal, że mogłaby to być książka w 100% idealna, ale... jest w 98%. 


Wszystkiemu winny jest Pan Sól. Tak jak ja - zachwycił się ilustracjami, też uważa, że autorka dokonała trafnych wyborów odnośnie prezentowanych zjawisk, ale gdy dorwał się do... słowniczka japońsko-polskiego zamieszczonego na końcu, mina mu zrzedła...


Jeżeli książka przeznaczona jest dla dzieci - budowa zdań powinna być dostosowana do tego, w jaki sposób japońskie dzieci porozumiewają się między sobą, o czym my dorośli często zapominamy.


Czy słyszeliście kiedykolwiek ośmiolatka zadającego pytanie: "Jak się szanowna pani dziś miewa?" lub dziesięciolatka odpowiadającego: "Wyśmienicie, dziękuję!". Ja nie i nawet trudno mi to sobie wyobrazić. 


Dziecko raczej rzuci do kolegi czy koleżanki (bo samopoczucie obcego dorosłego z całą pewnością go guzik obchodzi) krótkie: "Co tam?" (albo jeszcze coś innego, bo może już jestem zbyt stara i zgrzybiała, żeby znać język współczesnych mi dzieciaków). Tak samo będzie to funkcjonować w Japonii - żadnemu dziecku przez gardło nie przejdzie: "ogenki desuka" ani "okage sama de". 


Dezorientująca może też być pisownia fonetyczna. Sam pomysł zapisywania polskimi znakami uznaję za bardzo dobry, ale problemem mogą być ucięte sylaby prowadzące do błędnego odczytywania słów np. śmaśta czy ćkatetsu


Z takiego zapisu wynika, że w pierwszym przypadku czytamy śma-śta zamiast prawidłowego trzysylabowego si-maś-ta, a w drugim analogicznie - ćka-te-tsu zamiast ci-ka-te-tsu. 


Jest różnica w wymowie słów: zima - źma albo cima - ćma, ponieważ w jednym i w drugim przypadku zmienia się liczba sylab. Przeczytajcie te dwa zestawienia na głos, a usłyszycie, w czym rzecz.  


Niemniej jednak zamysł autorki jest oczywisty i kierunek tego myślenia - dobry. Chciała w ten sposób po prostu podkreślić, że polska wymowa bardziej przypomina japońską. Na przykład polskie ć = ci na pewno brzmi lepiej niż czytane z angielska czi


Zastanawiam się, jak wybrnąć z tej sytuacji, ponieważ krytykować jest zawsze bardzo łatwo, ale znaleźć sensowne rozwiązanie - już nie. Może zastosować by formę zapisu - ćikatetsu albo śimaśta


Argument "przeciw" stanowi zasada, że forma ze znakiem diakrytycznym (tutaj z kreską na literą) nigdy nie pojawia się przed samogłoską tzn. nie piszemy po polsku źima, ale zima, mimo że są to fonetycznie identyczne słowa. 


Natomiast argumentem "za" będzie oficjalnie funkcjonujące w polszczyźnie słowo dźinizm (indyjska religia), które stanowi wyjątek ortograficzny od reguły, a wymowa tego wyrazu raczej nie budzi żadnych wątpliwości.


O nieprzetłumaczalnym itadakimasu



Pan Sól trochę się denerwuje, gdy po raz enty widzi tłumaczenie itadakimasu na polskie smacznego. Dlaczego? Bo pod którymkolwiek kątem nie spojrzeć, itadakimasu ze smacznego nie ma nic wspólnego. Może tylko to, że jedno i drugie wypowiada się przed posiłkiem. 


Na twarzy Japończyka, do którego zwrócimy się per itadakimasu, najpewniej przez ułamek sekundy (dla europejskiego oka niemożliwy do zarejestrowania) pojawi się grymas konsternacji i zakłopotanie w stylu "ale o co chodzi?". W drugim ułamku tej samej sekundy ów Japończyk bezradnie się uśmiechnie i prawdopodobnie odpowie to samo (bo nic lepszego mu do głowy nie przyjdzie), a my będziemy z siebie zadowoleni, że tak świetnie się spisaliśmy. Nie do końca.


Według Pana Sól ten zwrot powinien pozostać w oryginale, tak jak tsunami czy karaoke, ponieważ znaczenia, do których odnosi się itadakimasu, w polskiej rzeczywistości językowo-kulturowej nie występują i nie ma podstaw, by twierdzić, że w najbliższym czasie to się zmieni. 


Jakie są zatem różnice pomiędzy ichnim itadakimasu, a naszym smacznego


Po pierwsze, itadakimasu to grzecznościowy czasownik (już odmieniony) używany w sytuacji, gdy otrzymujemy coś od kogoś wyżej usytuowanego w hierarchii społecznej niż my. 


Po drugie, itadakimasu mówimy tylko i wyłącznie do siebie - nigdy do drugiej osoby. 


Po trzecie, itadakimasu stanowi rodzaj podziękowania siłom wyższym za to, że możemy się najeść. 


Po czwarte, itadakimasu stanowi rodzaj podziękowania zwierzętom, że poświęciły dla nas życie. 


Ja osobiście rozumiem, że tłumaczenie itadakimasu na smacznego to szybkie zamknięcie sprawy i celowe uproszczenie (mnie to nie oburza), ale Pan Sól upiera się, że stosowanie uproszczeń powoduje późniejsze błędy. Patrząc na problem z takiej perspektywy, trudno się nie zgodzić. 

Pocieszające jest jednak to, że nasze "być albo nie być" w Japonii nie zależy od tego, czy prawidłowo używamy itadakimasu. Jeżeli natomiast ktoś chciałby świadomie posługiwać się współczesną japońszczyzną, powinien na wymienione fakty zwrócić uwagę.


Banzai na mikołajkowo-choinkowy prezent [konkurs!]


Banzai. Japonia dla dociekliwych to świetny pomysł na mikołajkowo-choinkowy prezent dla dzieciaków i młodych duchem dorosłych. Gdybym dostała taką książkę, naprawdę bym się ucieszyła, bo niemal wszystko mi się w niej podoba. 

Z tej okazji mam dla Was jeden egzemplarz. Jak go zdobyć? Nic prostszego. 


Napiszcie w komentarzu poniżej, w jakiej jednej sytuacji krzyknęlibyście "banzai!", czyli "hurra!". Możecie popuścić wodze fantazji. Dodatkowe punkty zgarniecie za zabawne opisy. Ważne: sytuacje nie mogą się powtarzać. Ważne: komentarz musi być podpisany - imieniem i nazwiskiem lub nickiem. 


Konkurs trwa od 17 do 24 listopada 2016. Zwycięzcę ogłoszę najszybciej, jak się tylko da. 


Do dzieła! 
Następny post
« Prev Post
Starszy post
Następny Post »
31 Komentarzy
avatar

Witam, krzyknęłabym "banzai" po stokroć, gdybym mogła wrócić do Japonii. Po tegorocznej podróży do tego przepięknego i jak dla mnie mistycznego kraju chcę tam wracać kiedy i ile się da...
Wróciłam stamtąd w połowie września, a niemal nie ma dnia, żebym nie wracała do zdjęć i wspomnień. Moje "banzai" wybrzmiewa więc już na samo wspomnienie o kolejnej (mam nadzieję kiedyś) podróży do Japonii...
Pozdrawiam, Karolina Fydrych

Odpowiedz
avatar

Krzyknełabym na całe gardło banzai gdyby udało mi się kupić bilet w dobrej cenie do Tokio na kwiecień, aby móc znowu uściskać Hachiko:)

Odpowiedz
avatar

Proszę tylko o podpisanie komentarza :-) "Unknown" nie może brać udziału :D

Odpowiedz
avatar

Od kilku miesięcy jestem mamą. Gdy zdarzy mi się uśpić mojego dzieciora w MINUTĘ, wychodzę w glorii i blasku z sypialni, zwykle krzycząc triumfalnie szeptem "Yes! Yes! Yes!" Myślę, że Banzai! byłoby tutaj jak najbardziej na miejscu. Spróbuję przy najbliższej okazji. :) Małe wyjaśnienie dla bezdzietnych - uśpić niemowlaka w minutę, to np. jak zacząć weekend w czwartek. :)

I może za parę lat, gdy ten mój dziecior podrośnie i zapyta, co to za dziwne szlaczki pisze mama w zeszycie, opowiem mu za pomocą tej książki czym jest Japonia. :)
Asia Rychel

Odpowiedz
avatar

Krzyknęłabym "banzai", gdyby w mojej okolicy (tak do 100km, ha ha) otworzyliby lokal z okonomiyaki. Przytyłabym 20kg, ale co to by była za uciecha dla mnie i synka! :)

Odpowiedz
avatar

Ja to bym krzyknęła głośne "Banzai!", gdybym trafiła "szóstkę" w totka - to zagwarantowałoby mi dietę składającą się z sushi do końca życia, wyjazdy do Japonii (albo zamieszkanie tam) co weekend, kupiłabym sobie Shiba Inu (albo całą ich hodowlę), stworzyła wymarzoną kolekcję Japońskiej broni białej (katany rlz, zrobiłabym porządne zakupy w dzielnicy Akihabara i może w końcu zapisałabym się na porządny kurs Japońskiego, o którym marzę od wielu lat :D

Odpowiedz
avatar

Krzyknąłbym "Banzai!" zabierając się do lektury książki wygranej w konkursie Podróże Japonia Blog.

Odpowiedz
avatar

ja też zgłaszam chęć na przyjęcie :)

Odpowiedz
avatar

:D :D widać, o czym myślę przed weekendem :D

Odpowiedz
avatar

Ta sytuacja wydarzy się naprawdę, potrzebuję jeszcze tylko jakichś 10-ciu lat i miliona złotych 😄
A będzię tak - po kilku tygodniach pracy ekip od aranżacji ogrodów, architektów i budowniczych wbiegam na taras prowadzący do mojego japońskiego ogrodu. Dużo w nim mchu, kamiennych latarni i wody. Jest i herbaciany pawilon 🍵🍁🍂🎋
Omiatam wszystko wzrokiem i krzyczę "Banzai"! A potem piję machę z moją przyjaciółką z tej cudownej porcelany, którą przywiozłam z Japonii 😌

Odpowiedz
avatar

Mam już zaplanowane pewne wydarzenie, które jeśli tylko się powiedzie, to z czystym sumieniem będę mógł krzyknąć banzai!
Ale po kolei... Nie wiem czy to już podczas kolejnej kociej podróży, ale na pewno prędzej, niż później dotrę na wyspę Iriomote na Okiwanie. Tylko w tym miejscu żyją kotki wyspowe (Prionailurus iriomotensis) - niestety niewiele już ich zostało i chociaż rząd japoński uznał je za skarb narodowy, to populacja ciągle spada. Ponieważ prowadzą głównie nocny tryb życia i unikają ludzi, spotkanie przez przypadek z takim dzikim kotkiem, to jak wygrana szóstki w totka ;)
Ale gdyby jakimś "kocim szczęściem" udało mi się wypatrzyć kota z Iriomotejimy, wtedy unosząc łapki do góry, zakrzyknąłbym radośnie banzai - życząc mu dziesięciu tysięcy lat życia!

Odpowiedz
avatar

Zgłoszenie przyjęte :-)!

Swoją drogą polecam Ci mój tekst o Iriomote - http://podrozejaponia.blogspot.com/2015/06/iriomote-wyspa-swietych-kotow-swietych.html :-)

Odpowiedz
avatar

"Banzai" wykrzyknęłabym gdybym wygrała tę książkę :), ponieważ tak się składa, że akurat jestem w trakcie opracowywania trasy wyjazdu do Kraju Kwitnącej Wiśni; wyjazdu, który był moim marzeniem od zawsze. W końcu postanowiłam to marzenie zamienić na wspomnienie i aktualnie zgłębiam wiedzę o tym kraju. Jestem przekonana, że "banzai" wykrzyknę również wtedy gdy kupię bilety np. do Tokio i obiecuję, że również na zakończenie wyprawy kiedy uda się zrealizować założony plan zwiedzania a jest on dość bogaty i intensywny :)

Odpowiedz
avatar

Przeczytałem z dużym zainteresowaniem :) Na pewno będę miau jakieś pytania, jeśli już będę wiedział że tam jadę :)

Odpowiedz
avatar

Bardzo się cieszę, że Ci się podobał mój tekst :-)!

Odpowiedz
avatar

Krzyknęłabym "Banzai!" nawet stukrotnie, gdyby wydłużono dobę do 30 godzin. Nareszcie nie brakowałoby czasu na próby przekonania Japończyków do gołąbków nadziewanych ryżem, do słodkiego ryżu na mleku, do zupy pomidorowej (lub ogórkowej) z ryżem i do zwyczaju solenia ryżu w czasie gotowania. Niestety póki co, wszystko powyższe uważane jest za świętokradztwo :)

Odpowiedz
avatar

Zgłoszenie przyjęte!
do słodkiego ryżu na mleku - nie uwierzę, dopóki nie zobaczę ;-)

Odpowiedz
avatar

Kiedy udałoby mi się ściągnąć moich japońskich idoli (zespół ONE OK ROCK) ponownie do Polski i w odpowiedzi na moje "Czy dacie się zaprosić na piwo po koncercie?" otrzymałabym "Tak" z pewnością krzyknęłabym "Banzai!" hehe. Kto wie, może nawet ucieszą się z małego japońskiego akcentu :)
Kinga Janica

Odpowiedz
avatar

Krzyknęłabym "banzai!", gdybym sama była w stanie kupić sobie taką książkę. Pracując i studiując co najwyżej mogę sobie etykietkę na parówkach przeczytać ;)
Pozdrawiam, Kinga Rajewska

Odpowiedz
avatar

Haha, ja też nie mogłam uwierzyć. Wpadaj, zobaczysz na własne oczy jak się krzywią nad talerzem parującego ryżu na mleku z owocami i prażonymi migdałami! Toż to jest dopiero świętokradztwo nie zjeść takiego pysznego śniadania!

Odpowiedz
avatar

Wyobrażałam sobie każdą sytuację po kolei. Najbardziej ubawiła mnie propozycja Asi Rychel, a więc wygrywa książkę "Banzai" (teraz możesz krzyknąć prawdziwe "banzai"). ;-) Choć miałaś poważne zagrożenie ze strony Rice Fields Forever ;-)
Nie martwcie się, kolejny książkowy konkurs przed nami ;-)

Odpowiedz
avatar

Mail zgłoszeniowy wysłany, jeszcze raz dzięki!
Asia R

Odpowiedz
avatar

Mam pytanko, czy mail z adresem dotarł może? Wolę się upewnić :) pozdrowki
A Rychel

Odpowiedz


WSZYSTKIE KOMENTARZE O CHARAKTERZE REKLAMOWYM BĘDĄ KASOWANE.