"Szalone Tokio" Agnieszki Szulim - czy rzeczywiście szokuje?


Przed niedzielą wielkanocną rozpętała się może nie burza, bo byłoby to wielce przesadzone, ale mini-burzka na facebookach odnośnie zapowiadanego dokumentu Agnieszki Szulim "Szalone Tokio". Stwierdziłam, że skorzystam z dobrodziejstw mojej telewizji satelitarnej i obejrzę program, w który - nie powiem - sama wątpiłam. A czy niesłusznie, to się okaże.



"Szalone Tokio" pokazywano na antenie TVN Style późnym wieczorem, choć reklamowano na wszystkich platformach tvn-owskich przez cały tydzień. Przyczyną były prawdopodobnie kontrowersyjne tematy, jakie Agnieszka Szulim postanowiła poruszyć, i z pewnością duży budżet na przygotowanie tego materiału. Wszystko - jak sama autorka kilkakrotnie powtarzała - "w Japonii kręci się wokół seksu", a więc i program będzie podbarwiany erotycznie. To przyciąga widownię jak magnes, zaspokaja ich ciekawość, a tym samym zaspokaja wpływy producentów programu. Agnieszka Szulim jedzie do Japonii, by "dziwić się" i pokazywać tę odmienność innym, z przymrużeniem oka, nie do końca na poważnie, z humorem. Jak dla mnie bez pogardy i poniżania, choć wydaje mi się, że niektórzy zareagują na pewne komentarze alergicznie. 


Czy w Japonii wszystko kręci się wokół uciech cielesnych? Według mnie wniosek ten jest trochę zbyt ogólny, ale z drugiej strony nikt, kto był w Japonii chociażby przez chwilę, nie będzie w stanie całkowicie temu zaprzeczyć, choćby bardzo się starał.


Dla osób w pewien sposób obytych z japońskimi "wynalazkami", do których są już tak przyzwyczajeni, że już ich nie szokują - mówienie o Japonii jedynie w kontekście owej odmienności może być w różnym stopniu nudne lub irytujące. Nudne - bo "to już było, ile można" i irytujące - bo "Japonia to nie tylko kraj dziwaków, ale <zwykłych> ludzi mających <zwykłe> uczucia". Zgadzam się z tym, ale tak naprawdę, ilu z nas Polaków i Polek ma szansę zanurzyć się w tej kulturze na tyle, aby móc dojść do momentu, gdy mówienie o pewnych aspektach staje się nudne i irytujące? Jest to na tyle znikoma liczba, że można śmiało stwierdzić, że nas Polaków Japonia zawsze będzie szokować. Jak nie pod tym, to pod innym kątem.


W tym miejscu warto wziąć pod uwagę fakt, że w Polsce wiele sfer (w tym seksualność, BDSM, modyfikacje ciała) jest objęte ścisłym tabu, a Japonia - wbrew wszelkim pozorom - niewiele się pod tym względem różni i podobnie jak u nas publicznie się o tym nie mówi. Jaka jest zatem różnica? Dlaczego wydaje nam się, że u nich to "normalka"? 


W Japonii choć raczej nie omawia się i nie analizuje otwarcie swoich głęboko ukrytych potrzeb, ale jak to w wysoko skomercjalizowanym świecie - biznes nakręcają potrzeby. Liczy się, ile można na tym zarobić (przecież od zarania dziejów to najbardziej opłacalny interes). I tu Japończyków ogranicza tylko ich własna fantazja, a w tym wypadku nierzadko biją oni inne narody na głowę.


I być może u nas seks nadal w mniejszym lub większym stopniu to społeczne tabu, a Japonia jest nieco bardziej liberalna, Japonki nie chodzą półnagie po ulicy, jak to ma miejsce w Polsce, wręcz przeciwnie nawet przy 30-stopniowych upałach niektóre mogą pod krótkimi spodniami mieć getry i kozaki, a na głowie czapkę. Nie obściskują się tak ostentacyjnie ani na ulicy, ani w metrze, choć - trzeba przyznać - robią się coraz bardziej śmiali. Natomiast za zamkniętymi drzwiami, kiedy nikomu się nie przeszkadza, Japończycy dają upust swojej wyobraźni. Nie wolno mylić tego ze zboczeniami, których tam też nie brakuje. To raj dla fetyszystów, więc kupienie zużytych majtek czy perfum o zapachu intymnych części ciała nie stanowi problemu. I tak jak wszystkich dziwią te zużyte majtki, tak proponuję wejść chociażby na Allegro i sprawdzić, jak łatwo dostępne są one i w Polsce.


A zatem program otworzy przed widzami możliwość zajrzenia do największego 6-piętrowego sexshopu w Tokio, z ukrytej kamery przyjrzymy się najdroższym lalkom na świecie z silikonu, które są bardzo podobne do kobiet, wejdziemy do jedynego love hotelu w Japonii, gdzie miłośnicy BDSM mogą się pobawić, wejdziemy do host clubu czy zamówimy pana do towarzystwa. 




Oprócz tego obejrzymy znany sklep z plastikowymi imitacjami jedzenia, które są słynne w całej Japonii. Służą one lepsze promocji serwowanych w restauracjach potraw. Ponadto zapoznamy się z wirtualną przymierzalnią ubrań, poćwiczymy z gadżetami do wyszczuplania twarzy i innymi. Jeśli chodzi o modyfikacje ciała będziemy mieli okazję dowiedzieć się, na czym polega japońska metoda tworzenia tzw. bagel head. I nie tylko, pokazane będą też inne modyfikacje, które są doskonale wszystkim w Polsce znane - skaryfikacja, podwieszanie, implanty, wkręty, tatuaże itp. Zresztą to nie wszystkie atrakcje.


Program nie jest odkrywczy, ale za to rozrywkowy. Według mnie Agnieszka Szulim nie zachowuje się w irytujący sposób, czego z pewnością obawiają się niektórzy. Jeśli tylko potraktować go w kategoriach nie poznawczych, a właśnie rozrywkowych można się dobrze bawić. Taką postawę przybraliśmy razem z Panem Sól i nie raz, i nie dwa szczerze się uśmialiśmy. I choć mówi o stereotypowych zjawiskach, omówionych wzdłuż i wszerz, to jednak forma ich podania jest dla mnie akceptowalna. 




Agnieszka Szulim nie stawia się w pozycji "znawcy Japonii", to duży plus. Mówi jedynie o tym, co na pierwszy rzut oka w Japonii może samodzielnie zaobserwować. Owszem materiał został dobrany tak, żeby szokować, ale byłoby to kuriozalne, gdyby komercyjna stacja walcząca o wyniki oglądalności pokazywała to, co zainteresuje zaledwie garstkę osób. Kontrowersje są przecież uniwersalne. Czy to jest powierzchowne? Trochę tak, ale prawda jest taka, że większość z nas, jadąc do Japonii turystycznie (i do jakiekolwiek innego kraju) nie będzie prowadzić pogłębionych analiz socjologiczno-antropologicznych w kontekście uwarunkowań historycznych i innych, ale będzie po prostu chłonąć wszystko to, co jest obserwowalne. A w oczy rzuca się to, co jest inne. Zwykle mamy za mało czasu na to, by dokładnie się pewnym zjawiskom przyjrzeć, poruszamy się najczęściej po turystycznych miejscach i dzieli nas bariera językowa. Jeżeli ma się czas, zna się japoński, jest się już wyrobionym obserwatorem, to należy się do grona nielicznych szczęściarzy. Czy taka osoba będzie się tą wiedzą dzielić z innymi, czy wywyższać i negować wszystkich mających odmienne odczucia, to już kwestia indywidualnego wyboru.


Moim zdaniem to dobrze, że rzuca nam się głównie w oczy to, co jest inne. Jeżeli tylko nie przejdziemy obok tego bezrefleksyjnie lub z pogardą, może to być faktycznie "lekcja tolerancji", o czym wspomina autorka "Szalonego Tokio". 


Tak, przyznaję się, oceniłam ten program "po trailerze" i z góry założyłam, że będzie w najlepszym wypadku słabo, ale kończyłam z uśmiechem na twarzy. Do tego wystarczy odrobina dystansu już nie do samego programu, ale do swojego własnego wyobrażenia na temat Japonii. Czy polecam? Widziałam dużo gorsze programy o Japonii, a ogólne moje wrażenie było nawet pozytywnym zaskoczeniem, więc tak, raczej tak. Ale nic się też nie stanie, jeśli go nie obejrzycie, bo o omawianych w materiale zjawiskach można też szerzej poczytać w Internecie.  
Następny post
« Prev Post
Starszy post
Następny Post »
29 Komentarzy
avatar

Ja tam nie lubię tego typu programów i ogólnie pojętej nadmiernej egzotyzacji. Kiedy próbujemy wszystko pokazać z jak najdziwniejszej strony, to już nie jest informacja, lecz dezinformacja. I potem w oczach Polaka w Afryce mieszkają same dzieci z wydętymi brzuszkami, a w Japonii - zboczeńcy wąchający majtki. Za dużo tych stereotypów, przydałoby się więcej programów, które je odkręcą.

Odpowiedz
avatar

Dla mnie to program na poziomie "bylem w Japonii dwa tygodnie, założę bloga/napisze książkę, bo przecież Japonia jest taka fajna/inna/egzotyczna". Nie ma nic złego w pokazywaniu "dziwności" (straszne słowo), bo nasza polska normalność również dla innych będzie "dziwna" - tak naprawdę najbardziej przeszkadza mi brak refleksji i szerszego kontekstu. A bez tego i dystansu nie ma, zostaje tylko tania egzotyka. Niestety.

Odpowiedz
avatar

Tak, nie ma tu szerszego kontekstu i rzeczywiście byłoby lepiej, gdyby temat byłby opracowany profesjonalnie, ale na takie cuda nie ma co liczyć. Ja się akurat dobrze bawiłam, bo według mnie pewne rzeczy były zabawne. I nie można zaprzeczyć, że nie istnieją, bo istnieją.

W mojej ocenie chyba nikt w miarę rozsądny nie uwierzy, że 130 mln w jednym kraju ludzi to dziwacy (mam nadzieję). ;-)

Odpowiedz
avatar

W komercyjnych telewizjach raczej nie ma miejsca na nudną "zwyczajność" i na to niestety trzeba wziąć poprawkę. Żerowanie na egzotyczności nie jest dobre, nie prowadzi do niczego dobrego - uważam tak samo. Ale program w założeniu miał być o seksie i o odmiennościach, a nie o Japonii, więc w miarę się broni. Gdyby program był poświęcony Japonii i pokazane by zostało tylko to - byłabym pewnie pierwsza do wytoczenia najcięższych dział.

Według mnie dobrą stroną tego programu jest to, że pokazuje, że przynajmniej w Japonii nie ma tej hipokryzji, że perwersje i wybujane fantazje nie istnieją, bo np. moralnie poprawna Polska pobiła światowy rekord oglądalności "50 twarzy Greya", czyli pewnie Polacy chcieliby się w tym zakresie dowiedzieć więcej, choć film odpowiedzi nie dawał i na dodatek do "arcydzieł" nie należał. :-)

Odpowiedz
avatar

A ja się całkowicie zgadzam. Nie byłam tym dokumentem aż tak zainteresowania do czasu, kiedy na Facebooku pojawiło się mnóstwo negatywnych opinii - w zasadzie dopiero to skłoniło mnie do obejrzenia. I trochę nie rozumiem oburzenia, szczególnie ze strony osób mających pojęcie o Japonii. W niektórych przypadkach uważam wręcz, że to zmieszanie programu i prowadzącej z błotem jest takie na siłę, kompletnie niepotrzebne. Zresztą A. Szulim mówi na początku, że to miejsca 'wytropione', a więc nie te, które są wszędzie i łatwe do znalezienia dla każdego. Jako program rozrywkowy, sądzę, że spełnił swoje zadanie i nieźle się uśmiałam, oglądało się przyjemnie, szczególnie, że to zdecydowanie coś w rodzaju ciekawostki, a nie przedstawienia typowych elementów życia w Tokio. O Japonii coś niecoś wiem i nie miałam absolutnie żadnych powodów do oburzenia. Nie umiem tego rozgryźć, może rzeczywiście po prostu ludziom brak odrobiny dystansu i chęci spojrzenia na Japonię troszkę inaczej?

Odpowiedz
avatar

Dokładnie taką myśl prezentuje ten post. Również uważam, że zamieszanie jest na siłę, bo gdyby pokazywano ceremonię herbacianą, kaligrafię i kimono, to wydaje mi się, że większość osób byłaby zachwycona, a przecież to byłaby równie stereotypowa Japonia, a tym samym równie fałszywa. I cieszę się, że oprócz mnie ktoś inny też w ten sposób "Szalone Tokio" odczytał. :-)

Odpowiedz
avatar

Jak odniosłabyś się do postu Krzysztofa Gonciarza na FB?

https://www.facebook.com/krzysztof.gonciarz/posts/10203811701273478?pnref=story

Odpowiedz
avatar

Bo ja wiem, czy nie ma? Niby jak się ma ten ideał wstydliwej i niewinnej kobietki, która wszystko ma zakryte nawet w środku lata do popularności różnych usług seksualnych? Czy to nie hipokryzja marzyć o takiej kobiecie i wpajać kobietom taki ideał, kiedy samemu odwiedza się miejsca wcale nie niewinne?

A "50 twarzy Greya" zawdzięcza swoją popularność raczej ogromnym pieniądzom wtłoczonym w promocję najpierw książki, a potem filmu. Ludzie raczej nie chodzili na to, żeby się czegoś dowiedzieć, od tego jest internet. ;) Sam pomysł pisanej i nieco bardziej emocjonalnej pornografii dla kobiet nie jest przecież nowy, Harlequiny sprzedawano w kiosku odkąd pamiętam. Trzeba tylko było zmienić nazwę, bo czytanie tych starego typu uchodziło za obciach. ;) Sam medialny obraz tej moralnej poprawnie Polski jest znacznie przesadzony, ja tam uważam, że jest wręcz odwrotnie. Od lat ulegamy różnym popkulturowym wpływom, które seks sprzedają i promują, dużo się o seksie mówi (niemal każde pisemko ma jakieś porady seksualne) i w dzisiejszych czasach to raczej ludzie, którzy z rożnych powodów nie chcą go uprawiać lub mają znacznie mniejsze potrzeby niż inni, uchodzą za dziwaków.

Odpowiedz
avatar

@yanlei Przepraszam, ale jakie to "troszkę inaczej"? To dokładnie takie same, efekciarskie, stereotypowe odgrzewane kluchy.

@PodróżeJaponia W jednym z komentarzy napisałaś: "W mojej ocenie chyba nikt w miarę rozsądny nie uwierzy, że 130 mln w jednym kraju ludzi to dziwacy (mam nadzieję)", obawiam się, że nie doceniasz ludzi, bo więszkość właśnie widzi takie efekciarskie, płytkie programy i większość ma właśnie takie pojęcie. Bo ta więszkość nie będzie czytała poważniejszych książek o Japonii czy oglądała dokumentów z NHK, żeby zbalansować skrzywiony obraz.

Do tego zupełnie nie przekonuje mówienie, że w komercyjnej stacji nie ma miejsca na nudną "zwyczajność", bo nudna "zwyczajność" też może być przedstawiona w interesujący, "popowy" sposób. Są tysiące (i to dosłownie tysiące) ciekawszych rzeczy w Japonii, które można by pokazać, no ale trzeba by się wysilić, a to na to nie ma miejsca w komercyjnych (a ostatnio i niekomercyjnych) telewizjach.

Odpowiedz
avatar

Ja mam pobobne zdanie jak i ty na temat tego programu. To program czysto rozrywkowy i z takim zamyslem zostal tez stworzony. To nie beign Japanology blizej mu raczej do japanoramy. Jestem w szoku po tych wszystkich komentarzach na fb i innych stronach. To wrecz straszne ze ludzie nie maja dystansu. Nagle wszyscy stali sie ekspertami i podcbodza do Japonii z jakims wielkim pietyzmem. Bylam w Japonii, pracowalam tam przez krotki okres czasu i jakos dobrze mi sie ogladalo ten program bo nastawilam sie na rozrywke a nie na naukowe dysputy itp. Nie wiem co gorsze sposob w jaki ludzi reaguja na ten program czy fala krytki jaki plynie na osoby, ktore maja inne zdanie niz reszta na temat tego programu. Ja po wyrazeniu swojego zdania na jednej ze stron o tematyce azjatyckiej zostalam niezle zbrukana ze jak podoba mi sie takimprogram to powinnam ogladac dlaczego ja i ze ogolnie jestem zalosna. Nie rozumiem czemu ludzie nie potrafia uszanowac odmiennej opini. strach wyrazac wlasna opinie. ciesze sie ze sa i osoby ktore maja dystans pozdrawiam

Odpowiedz
avatar

Z pierwszą częścią raczej nie mogę się zgodzić, ponieważ to by zakładało, że 38 mln ludzi w Polsce to półgłówki, którzy nie mają własnego mózgu, a jedynie telewizor.

Co do drugiej części, owszem można to zrobić, ale to wymaga więcej czasu, nakładu pracy i wiąże się z mniejszą liczbą oglądalności. Musiałaby to zrobić telewizja państwowa z dotacji Japan Foundation, a nie kolorowa stacja dla pań, która liczy na zyski. Cel został spełniony - wszyscy się burzą i wszyscy program oglądali. :-)

Odpowiedz
avatar

Żeby było jasne, nie bronię programu, bronię jedynie możliwości swobodnego wypowiadania się bez zajadłych nagonek i niekonstruktywnego hejtingu. Program jest stereotypowy - sama to podkreślam w poście u góry, ale od TVN Style naprawdę nie wymagam zbyt wiele. I polegam wszystkim innym przestać wymagać.

Jeśli chodzi o Asimo - zależy jak na to spojrzeć. Pierwszy rodzaj Asimo powstał 15 lat temu, ale od tego czasu powstało wiele nowych modeli. Najnowszy powstał - o ile dobrze pamiętam - w 2011 roku. Czy to ma znaczenie, czy się powie, że jest nowy czy stary?

W mojej prywatnej ocenie naprawdę nie ma również znaczenia czy w Tokio są tylko 3 neko cafe czy jest ich 33, ważna jest informacja o samej neko cafe jako zjawisku, więc czepianie się słówek jest dla mnie zbędne, dopóki nie wprowadza to w poważny błąd.

Odnośnie Ustunomiyi - zgadzam się, to jest bez sensu, bo to nie należy do Tokio.

To, że autor komentarza, którego lubię i szanuję (mam nadzieję, że ten fragment zostanie zapamiętany), choć w wielu przypadkach moje zdanie jest odmienne, nie widział, choć mieszka w Tokio zaledwie od roku, nikogo z bajglem na głowie, to nie znaczy, że takich ludzi nie ma. Jest to japoński pomysł na modyfikację, który wymyślił pewien Japończyk (znany jako Keroppy) mieszkający w Kanadzie i przywiózł ją do Tokio. Reportaż na ten temat opracował np. National Geographic, który powinien cieszyć się większą renomą niż TVN Style, a i tak przedstawione to zostało jako "trend" w Japonii, co mija się z prawdą. Możliwe, że jest to trend, ale w gronie konkretnych ludzi. Przykładowo we Wrocławiu nigdy nie widziałam nikogo z implantami podskórnymi na ulicy, ale wiem, gdzie można je sobie zrobić. Drogą dedukcji wnioskuję, że skoro jest takie miejsce, to i są tacy ludzie.

Co do gadżetów dla fetyszystów, są one dostępne w sexshopach (nie tylko w Tokio) i myślę, że chodzi tu o to, ile osób o tym w Japonii wie, tylko o fakt ich istnienia. A gadżetów tego typu jest znacznie więcej niż prezentuje program. Można np. kupić "wodę święconą", czyli kobiecy mocz z dozownikiem. Polecam obejrzeć stronę - tu akurat po angielsku, aby każdy mógł przeczytać do czego to służy: http://en.rocketnews24.com/2012/11/02/the-smell-of-a-boys-anus-scented-oil-on-sale-now-in-japan-in-case-you-were-wondering/
A kto zna japoński, polecam poczytać opinie japońskich mężczyzn na ogólnodostępnym japońskim Amazonie, którzy bardzo przykładnie i obrazowo recenzują produkty. Co więcej, japońska firma produkująca owe zapachy ma kilka wersji językowych :-)

Ja akurat mam akurat ten luksus bycia zarówno obcą turystką i bycia częścią rodziny, która mnie w 100% przyjęła i zaakceptowała. Dlatego obserwuję Japonię z dwóch perspektyw jednocześnie i staram się szanować wszystkich - nawet tych, co po tygodniowej wycieczce czują się ekspertami. Może przez ten tydzień zaobserwowali więcej niż ci, którzy siedzą tam od lat?

Doświadczenia, uczucia i opinie to sprawy subiektywne. Nie wszyscy zgadzają się, z tym, o czym ja piszę, ale jak wyjaśniam w "o blogu" - nikomu niczego nie narzucam, mój głos, to jeden z wielu głosów w dyskusji.

To tak na szybko :-) Pozdrowienia!

Odpowiedz
avatar

Mam podobne poczucie, aż strach się z czymś nie zgodzić ;-)!

Odpowiedz
avatar

Nie, 38 milionów nie jest półgłówkami, i to nie chodzi o to czy ktoś jest półgłówkiem. Jak ludzie czegoś nie doświadczą sami, to mogą o tym wnioskować tylko z tego co do nich dotrze. A skąd dociera? W zeszłym roku ponad 58% Polaków nie przeczytało ani jednej książki, i tylko 24% przeczytało więcej niż jedną ksiażkę (jakąkolwiek książkę, w tym poradniki, podręczniki itp.). Z prasy też raczej nie, bo nie dość, że o Japonii pisze się u nas w popularnej prasie tyle co na nic, to jeszcze tylko połowa ludzi przeczytała w miesiącu tekst dłuższy niż trzy strony maszynopisu (co wcale nie jest długim tekstem, bo to ok. 2 strony małoilustrowanego magazynu), więc nie mogli przeczytać niczego pogłębiającego. Więc skąd? Ew. z ułamków prasowych, które niewiele wnoszą, albo z telewizji lub może jeszcze z serwisów typu YouTube. I właśnie, YouTube, jakoś ludzie potrafią za mikron tego co tvn wydał na ten ekstra-wspaniały program, zrobić coś co jest o wiele bardziej ciekawe, co również pokazuje "dziwną" stronę Japonii (a nie tylko stereotypowe kimona i herbatę), i co też jest popularne, a nie jakieś super-sztywne naukowe rzeczy, i nie potrzebują do tego Japan Foundation.

Odpowiedz
avatar

Ja np. muszę żyć z tym, że właściciel naszego mieszkania jest przekonany, że w Japonii są samurajowie, bo tak jest na filmach Kurosawy, a moja sąsiadka głęboko wierzy, że Pan Sól je koty i psy. Takich przykładów mogę jeszcze długo mnożyć, ale to nie jest czas i miejsce. Ostatnio nawet japonistka zapytała mnie, czy nie boję się żyć z Japończykiem, bo oni ciemiężą kobiety... I nawet jeśli są ludzie, którzy myślą stereotypami, to jest to mimo wszystko ich prywatny problem, nie mój. Ja mam do tego dystans, więc mnie to nie obraża.

Jak ktoś chce walczyć, niech walczy, ale niech to robi - skoro uważa, że wie lepiej, jak jest w Japonii - w sposób kompetentny i nieagresywny. Dlaczego program jest płytki, w których miejscach mija się z prawdą itp.? Na to pytanie nikt nie odpowiedział, natomiast 1000 osób powtórzyło tylko to samo: "żenada, tragedia, idiotyzm".

To poziomem przypomina polskie dyskusje międzypartyjne, a przecież my nieoglądający TVN i nieczytający brukowców ludzi, będący na wyższym poziomie obycia i oczytania, w 100% przekonani, że program kłamie w żywe oczy (w mojej ocenie), powinniśmy reprezentować sobą coś więcej. Nawet jeśli program się komuś nie podobał, bo miał święte prawo się nie podobać, to można to po prostu powiedzieć inaczej.

Np. poniżej ktoś prosił mnie o ustosunkowanie się do wypowiedzi Krzysztofa (choć niespecjalnie miałam na to ochotę, zrobiłam to). Wiele z jego argumentów można było łatwo podważyć. A zatem kto ma rację? Czy w ogóle o jakąkolwiek rację tu chodzi? Moim zdaniem absolutnie nie, bo każdy ma prawo oceniać według własnej miary :-) I od tego są blogi pisane w pierwszej osobie liczby pojedynczej, które z góry zakładają subiektywizację. I każdemu z nas wolno pisać o tym, co czujemy i myślimy na ten temat. Ani ja, ani Krzysztof, ani nikt inny nie jesteśmy papieżami kościoła pod wezwaniem Japonia, by głosić prawdy objawione.

Ja na co dzień TVN Style nie oglądam, bo prawdopodobnie zrobiłby mi się wiór z mózgu, ale rozrywkowo od czasu do czasu, proszę uprzejmie. Programu o Tokio po polsku nie mogłam przecież przegapić :D ! Zgadzam się z Tobą, można to było zrobić dużo lepiej, nawet w zakresie tej samej tematyki. Co do innej tematyki, wydaje mi się, że naprawdę niewiele osób w naszym społeczeństwie to interesuje, patrząc po "lajkach" pod poszczególnymi blogami chociażby.

Program pokazywał wycinek rzeczywistości mało znanej przeciętnemu Polakowi, a ile znowu osób go oglądało? Możliwe, że przeważali ci, którzy Japonią się interesują na co dzień, a nie ci, do których skierowany był ten program. Pociesza mnie to, że w Internecie są też ogólnie dostępne i bezpłatne inne źródła informacji o Japonii - neutralne. :-)

Chciałabym na koniec zacytować Karolinę od "W krainie tajfunów", która napisała bardzo mądre zdanie w "o mnie": "wtedy uświadomiłam sobie, że patrząc na Japonię przez różowe okulary robię sobie tylko krzywdę. Że dopóki nie zdystansuję się, nie przestanę oceniać, nie będę w stanie tego kraju dobrze poznać." I ja się pod tym podpisuję.

Dużo bardziej konstruktywna jest rozmowa z Tobą na ten temat niż np. rozmowa pod wpisem o programie. Na tym mi właśnie zależało, dlatego chcę Ci podziękować, że zadałeś sobie ten trud i nawet jeśli mamy odmienne zdania, to przynajmniej możemy się tymi poglądami w miarę spokojnie wymienić.

A czytelnictwo to osobna para kaloszy, wydaje mi się, że książki są tu po prostu za drogie. W Japonii porządną literaturę kupi się od 3 polskich złotych, tutaj trzeba wydać średnio 40 zł. Porównując nasze i ich zarobki, oni mogą czytać na potęgę, a my od czasu do czasu. Z tego co wiem, są propozycje, aby tę sytuację poprawić, ale jak zwykle "grupy wpływów" muszą się trochę chwilę pościerać.

Pozdrowienia! :-)

Odpowiedz
avatar

Oczywiście, że tak. Już niedługo ci "zwykli" będą wymagali opieki szczególne, może wtedy będą robić takie programy ;-)

Tylko dla mnie ten rekord świata jest naprawdę bardzo ciekawym zjawiskiem, bo w innych krajach też pompowali pieniądze na marketing, ale to akurat w Polsce w 2 dni prawie 1 mln ludzi było w kinie. Są też dobre strony ;-) małe kina w małych miejscowościach mogą odetchnąć na kilka miesięcy, ciesząc się z zysków.

Może kiedyś doczekamy się programu porządnego polskiego programu o Japonii, ale nawet jak i taki powstanie, wydaje mi się, że nie obędzie się bez hejtu. I to mnie trochę przeraża.

Odpowiedz
avatar

Gdy zobaczyłam zwiastun tego programu, nie powiem - zjeżyłam się na sto dwa... Pomyślałam: "o nie, kolejny program z cyklu - Japonia - kraj dziwaków". Oczywiście dla mnie całkowicie zrozumiałym jest, iż jest to program rozrywkowy, żerujący właśnie na rzeczach atrakcyjnych, kontrowersyjnych, które się po prostu dobrze sprzedają - kasa musi się zgadzać. I potem mój "zjeżony włos" opada, bo myślę sobie - to nie ma sensu, po co takie rzeczy krytykować, najwyraźniej ludzie chcą to oglądać, nie ma w tym nic złego. Ale potem znów przypominam sobie słowa mojej Mamy po obejrzeniu dokumentu na temat "japońskich dziwactw", która stwierdziła, że jest to kraj głęboko zdemoralizowany, pełen zboczeńców hiper ciężkiej kategorii i aż strach tam w ogóle jechać czy z nimi rozmawiać. Prawda jest taka, że przeciętny odbiorca po tego typu programach właśnie tak to podsumuje i potwierdzi sam sobie stereotypy. Może trzeba mieć wiarę w tego "świeżego" odbiorcę, który pierwszy raz się spotyka z tematem, że jednak zostaną one przefiltrowane przez jego mózgowe synapsy i zinterpretowane z odpowiednim dystansem. Swoją drogą przypomina mi to falę hejtu swego czasu na "Japoński Wachlarz" Joanny Bator, która dla mnie mimo wszystko była chyba bardziej na zasadzie - tylko "profesjonalni" japoniści i osoby głęboko i długoletnio zaangażowane w tematykę mogą w ogóle wypowiadać się na temat Japonii, cała reszta nie jest godna! :D

Odpowiedz
avatar

Jeśli pytać o moje prywatne zdanie (o ile to kogokolwiek interesuje), to "Japoński wachlarz", "Tatami kontra krzesła" i "Szalone Tokio" to ten sam worek. Wszystkie prezentują Japonię od strony stereotypowej. Wszystkie trzy pozycje są po prostu komercyjne, więc nie ma się co nad tym rozwodzić. :-)

Jeżeli ktoś tak właśnie Japonię ocenia - w kategoriach stereotypowych - to trudno, na mnie to wrażenia nie robi. A działalność misyjna w moim przypadku jakiś czas temu umarła, bo zrozumiałam, że na moje życie to w żaden sposób negatywnie nie wpływa, choć czasami muszę wysłuchiwać kazań od różnych (nawet wykształconych ludzi), wysłuchiwać je też musi Pan Sól. On ma wtedy świetną strategię - udaje, że nie rozumie :D

Jak jestem w Japonii dla odmiany, to również pytają mnie o ciekawe rzeczy np. czy w Polsce są jabłka albo czy w Polsce ludzie jedzą ryż :D W japońśkiej telewizji pokazują np. że naszym tradycyjnym daniem jest spaghetti z truskawkami. Może są tacy, którzy rzeczywiście jedzą taki wynalazek, ale czy jest ono tradycyjne? Nie sądzę też, żeby Japończycy "znający się na Polsce" wylewali pełen jadu hejt na NHK, które raczy ich takimi nowinami. O stereotypach mówi się w każdym kraju i każdy kraj je podtrzymuje, bo tak jest po prostu łatwiej i szybciej.

A Twoje ostatnie zdanie to tak naprawdę określenie przyczyny tego hejtu :D

Dzięki za komentarz!

Odpowiedz
avatar

Niezależnie od tego ile możemy przeznaczyć na zakup książek ...możemy skorzystać z dowolnej biblioteki :) I czytać do woli.To nie zasobność naszego portfela ma wpływ na poziom czytelnictwa .

Odpowiedz
avatar

W programie było wiele nieścisłości i błędów przez które widz zostaje wprowadzony w błąd od samego początku jego trwania. Jednak osoba interesująca się Japonią, która zdarzyła poznać ten kraj już w pewnym stopniu może dość łatwo wyłapać te błędy i je skorygować. Polecam oglądanie tego z taką właśnie osobą jeśli sami nie mamy wystarczającej wiedzy na tematy poruszane w programie.

Odpowiedz
avatar

Chętnie się do tej listy błędów i nieścisłości ustosunkuję :-) w mojej ocenie nie pojawił się żaden kardynalny błąd w postaci przedstawiania rzeczy, które fizycznie nie istnieją lub nie miały nigdy miejsca. Wszystkie omawiane zjawiska występują w jakimś mniejszym lub większym stopniu, trzeba tylko wiedzieć, gdzie szukać. Bez kogoś znającego środowisko może to być niemożliwe.

Wyolbrzymianie i nieścisłości to trochę co innego. Zakrzywia to obraz, owszem, ale - wiedząc jaka stacja program emituje - można przekaz podzielić przez trzy i będzie się zgadzać. :-)

Ci, którzy o Japonii wiedzą więcej, czyli sami Japończycy (tych których pytałam o zdanie) traktują to jako rozrywkę, a sam program jest dla nich interesujący, bo pokazuje im to, czego oni sami na co dzień u siebie nie zauważają, choć o gadżetach wspomnianych raczej większe niż mniejsze pojęcie.

Najlepiej właśnie taki program oglądać z kimś, kto może trochę więcej o tym powiedzieć. Ale nie wiem, czy to coś rzeczywiście zmieni.

Odpowiedz
avatar

A ta kawiarnia z małpami kelnerami jest chyba ze 100 km od Tokio, tak Gonciarz pisał :D

Odpowiedz
avatar

Tak jak pisałam w którymś komentarzu u góry odnośnie wpisu Krzysztofa - zgadzam się, to jest bez sensu, bo Tochigi to nie Tokio. ;) To nie podlega dyskusji. Inne punkty natomiast już tak :-)

Odpowiedz
avatar

Dokładnie :-) I chyba dotyczy to naprawdę wielu telewizji na świecie. Nie wiem, ale NHK-owskie programy o Polsce są równie "ciekawe" ;-)

Odpowiedz
avatar

Telewizja lubi mieć wysoką oglądalność, bo na tym zarabia. A reklama programu - im bardziej kontrowersyjny - tym lepsza, więc z punktu widzenia producenta był to pełen sukces.
To, że część widzów musiała popełnić umysłowe harakiri to już inna bajka i było z góry wkalkulowane w koszty ;)

Odpowiedz
avatar

Polecam obejrzeć kilkadziesiąt materiałów Krzysztofa Gonciarza na jego kanale YouTube. O wiele bardziej edukacyjne niż okrojona wersja Japonii :)

Odpowiedz
avatar

Czy ktoś wie co to za piosenka na koniec dokumentu? Prooooszę o odp :)

Odpowiedz


WSZYSTKIE KOMENTARZE O CHARAKTERZE REKLAMOWYM BĘDĄ KASOWANE.