"Sushi i cała reszta. Wszystkie smaki Japonii" [recenzja]

Kto nie lubi jeść? A kto nie lubi jeść japońskiego jedzenia? No właśnie! Dlatego dzisiaj czas podsumować zeszłoroczne wydanie książki Michaela Bootha pt. Sushi i cała reszta. Wszystkie smaki Japonii. Ukazała się ona nakładem pewuenowskiej serii podróżniczej Bieguny. Przez cały ten czas cierpliwie czekała na półce mojej meblościanki, by w końcu doczekać się przeczytania. Moje wrażenia?


Autor - Micheal Booth to Brytyjczyk, kucharz, krytyk kulinarny i dziennikarz pisujący artykuły do najbardziej prestiżowych tytułów. W Polsce zaistniał przede wszystkim pozycją Jedz, módl się, jedz, która nawiązuje tytułem do bestsellerowej powieści Elisabeth Gilbert Jedz, módl się, kochaj. Jednak na tym podwórku skupię się na jego dokonaniach w dziedzinie Japonii.

Micheal Booth wraz z żoną Lissen oraz dwójką synów - czteroletnim Emilem i sześcioletnim Asgerem postanowili wybrać się na dwumiesięczną podróż do Japonii w poszukiwaniu nowych kulinarnych doznań. Stało się to pod wpływem dyskusji z japońskim kolegą Toshim, którego Micheal poznał we Francji. Z powodu graniczącej z ignorancją niewiedzy, przyjaciel wręczył mu angielskie wydanie japońskiej biblii kulinarnej zwanej Kuchnia japońska. Prosta sztuka (Japanese cooking. A simple art) Shizuo Tsujiego. Zaintrygowana doszperałam się informacji, że niejakiego Shizuo Tsujiego nie uznawano za mistrza kuchni japońskiej wszech czasów. Jego domeną była kuchnia francuska i większość jego publikacji poświęcona jest temu regionowi. Dopiero po kilkunastu latach rozpoczął pracę nad kuchnią japońską i napisał "najgrubszą" angielskojęzyczną książkę-podręcznik do japońskiego gotowania. I być może stąd to przeświadczenie, że Tsuji był najlepszy. Niezależnie od faktów, ponoć to ta lektura dokonała niezwykłej przemiany duchowej i spowodowała spontanicznie zaplanowaną podróż do Japonii.

Czy rzeczywiście była ona taka spontaniczna? Nie do końca. Na kulinarnej mapie podróży pojawiają się ważne punkty, które każdy krytyk kulinarny zwiedzający Japonię powinien mieć zaliczone jak m. in. Kobe i słynną wołowinę, Shimonoseki i trującą fugu czy Okinawę i specyficzną dietę rdzennych mieszkańców. Zaplanowanie takiej podróży wymagało z pewnością pewnych przygotowań i zapoznania się z najważniejszymi tradycyjnymi japońskimi potrawami. W książce jednak z uporem maniaka autor przedstawia siebie jako osobę nieporadną, błądzącą w labiryncie tajników japońskich kuchni. Cały czas podkreśla swoją obcość i fakt nieznajomości japońskich obyczajów. To nieodłączny element niemal każdego rozdziału. Odnoszę wrażenie, że autor chce poczuć się jak "inny" niemal na siłę bądź też chce w ten sposób rozbawić czytelnika. 

Mnie niestety nie rozbawił, wręcz irytował. Czy jestem bardzo czepialska?


Źródło: www.michael-booth.com
Bohater kulinarnej podróży również na okrągło podkreślał swoje bycie "okrągłym". Nawet jego syn twierdził, że jest najgrubszy w porównaniu ze szczupłymi Japończykami. Tego rodzaju wtręty pojawiły się tak wiele razy, że z ciekawości sprawdziłam, czy rzeczywiście zwraca uwagę swoimi rozmiarami? Cóż ani "okrągły", ani "puszysty" nie jest. To przeciętnie wyglądający człowiek po 40-stce? 50-tce? Dowodem może być jego własna "sweet focia z ręki" ściągnięta z jego własnej strony internetowej. Przecież taki człowiek nie może mieć złych intencji...

Czy to jednak wystarczy, by nie oskarżyć go o zupełny brak przygotowania się do przeprowadzanego wywiadu z przedstawicielami znanej i rozpoznawalnej w Japonii i za granicą firmy Ajinomoto, która słynie z produkcji czystego glutaminianu sodu jako dodatku smakowego? Z chęcią dowiedziałabym się czegoś więcej oprócz podstawowych faktów, które da się wyczytać w dowolnym źródle poświęconym temu tematowi. Dowiaduję się tylko, że glutaminian sodu jest bezpieczny, bo w Azji używa się go na potęgę i nikt od tego nie umiera. Dla spragnionego rozwikłania pewnych zagadek i mitów namolnej czytelniczki jak ja - to za mało. Zabrakło dziennikarzowi prawdziwej dziennikarskiej żyłki?

Mimo to rybę udało mu się złowić. Książkę przeczytałam od deski do deski i to w bardzo krótkim czasie. Pozazdrościć można umiejętności bardzo plastycznego opisywania smaków. Jak fachowo oddać za pomocą dostępnych środków językowych smak? Według mnie to bardzo trudna sztuka, wymagająca wiele doświadczenia i lekkości pióra. Michael Booth zdecydowanie je ma. Przykładem może być bardzo trafne przedstawienie odczuć przy pierwszym zetknięciu z wyśmienitą wołowiną Kobe. Autor pisze tak:

"Miała konsystencję najdelikatniejszej mlecznej cielęciny, była równie oleista, jak pomada do włosów i pozostawała na języku przez zaledwie kilka chwil, po czym rozpuszczała się niczym masło na patelni. Sama w sobie miała kremowy, nieuchwytnie aromatyczny smak, jak wyjątkowo pyszny tłuszcz."


Michael Booth, Sushi i cała reszta. Wszystkie smaki, Warszawa 2013, s. 235.

Dokładnie taka jest wołowina Kobe. Dokładnie tak patetycznie pyszna. Lepszego opisu i porównania dotąd nie znalazłam.

Równie świetny jest poemat na temat kilkuletniego leżakującego sou sojowego:

"Miał mocny, głęboki smak, wyczuwałem w nim dużą ilość kwasu mlekowego, nuty sherry, drewna cedrowego, i grillowanego steku - niczym wyrafinowany, złożony Marmite, lecz bez palącego posmaku."
Michael Booth, Sushi i cała reszta. Wszystkie smaki, Warszawa 2013, s. 257.

Na kubki smakowe autora złego słowa absolutnie nie można powiedzieć. Jednak niepokoi mnie podtytuł "Wszystkie smaki Japonii". Czy aby na pewno wszystkie? To nie możliwe w zaledwie dwa miesiące... Każdy region, każda prefektura (a jest ich przecież 47!), nawet i miasta w obrębie jednej prefektury różnią się sposobami podawania tych samych znanych potraw, składnikami i ich obróbką. Autor omawia jedynie te podstawowe, najbardziej popularne smaki, ale z pewnością nie wszystkie... 

Ta książka w pewien sposób rozbudziła moją wyobraźnię. Dlaczego ja mam nie zobaczyć na własne oczy jak produkuje się słynną wołowinę, sake czy sos sojowy w naszej prefekturze?  Zastanowię się, czy nie chciałabym odwiedzić warzelni sake, gdy będę w Japonii.

W związku z tym, że Sushi i cała reszta wpłynęła na mnie bardzo pozytywnie, nie zamierzam aż tak przywiązywać wagi do nieprawdziwego podtytułu czy nieodrobienia zadania domowego przez autora przed wyjazdem do Japonii. Spodziewałam się książki będącej podręcznikiem antropologii japońskiej kuchni, otrzymałam dziennik z podróży z wplecionymi informacjami szczegółowymi na temat danego produktu. To właściwie wyważona proporcja. Książka dzięki temu nie nudzi i jest idealna na wieczór po ciężkiej pracy. Nie obciąża mózgu i pozwala się zrelaksować. 

W skrócie... polecam!
Następny post
« Prev Post
Starszy post
Następny Post »
8 Komentarzy
avatar

świetna recenzja. o książce słyszę po raz pierwszy, hm.

Odpowiedz
avatar

Dzięki za miłe słowo! To w tzw. "międzyczasie" warto przeczytać dla relaksu. :)

Odpowiedz
avatar

Mnie się podobało i też się nieco zdziwiłam widząc posturę autora. :)

Odpowiedz
avatar

Jednak na niedociągnięcia nie da się nie zwrócić uwagi !
Pozdrowionka!

Odpowiedz
avatar

Zapraszam tutaj http://www.kampuni.com.pl

Odpowiedz
avatar

W wersji oryginalnej tego podtytulu o wszystkich smakach Japonii nie ma. To wymysl polskiego tlumacza. W oryginale jest "what the Japanese know about cooking", ktory o wiele trafniej oddaje zawartosc ksiazki. Jest w wersji polskiej wiecej takich kwiatkow, ale nie chcialo mi sie strona po stronie i linijka po linijce porownywac.

Odpowiedz
avatar

No właśnie... Tu trzeba by zgłosić pretensje do wydawcy. Może to taki chwyt marketingowy, ale nie trafiony jak dla mnie.
W sumie angielski podtytuł też jest do chrzanu, bo książka nie jest o Japończykach i ich wiedzy, tylko o jedzeniu i czego białas może się podczas podróży dowiedzieć...
Pozdrowionka! :)

Odpowiedz
avatar

Mnie też by irytowało nagminne odcinanie się od japońskiej kultury, w końcu po 2 miechach już można nieco ogarnąć... A przynajmniej próbować się dostosować - z grzeczności - a nie epatować swoją ignorancją i robić z niej aferę .

Próbowałaś Kobe????
Jadłam w Japonii cudowną wołowinę, niestety nie Kobe. Nie znam też nikogo (w tym żadnego Japończyka), kto by jadł tę prawdziwą, wycenianą na kilkaset dolców za steak, od krów masowanych i pojonych piwem. Jeden znajomy mi mówił, że ponoć często na przyjęciach/weselach podają wołowinę metkowaną jako "Kobe", bo pochodzi z krowy, którą wyhodowano/ubito w Kobe. :P Jest Kobe? Jest. Ściemniacze jedne.
Chociaż w sumie gorszą ściemą jest to, że w Chinach powstają miejscowości, które nazywają francuskimi nazwami, by móc napisać "made in..." :P

Odpowiedz


WSZYSTKIE KOMENTARZE O CHARAKTERZE REKLAMOWYM BĘDĄ KASOWANE.