Poradnik. Co zjeść w Japonii? Yakiniku dla twardzieli


Na początku muszę przeprosić wszystkich wegetarian, ale dzisiejszy wpis będzie w całości o mięsie, mięsku i mięseczku, a dokładnie o tym pieczonym, czyli yakiniku



Yakiniku to cudowny japoński wynalazek (mówi się też o jego koreańskim pochodzeniu), który zadziwia swoją prostotą i efektem, jaki się dzięki niemu uzyskuje. Choć tak naprawdę to nie o grill chodzi, bo grill na całym świecie jest taki sam, ale o jakość mięsa serwowanego w restauracjach. Wiele restauracji ma w swojej ofercie możliwość "jedzenia bez końca". Płaci się ustaloną z góry kwotę, a następnie można zamówić wszystko, co znajduje się w karcie (za wyjątkiem napojów). My wybraliśmy na yakiniku w czwórkę, zapłaciliśmy 3000 jenów od głowy, po czym mieliśmy 2 godziny na wyżerkę totalną. Ja oczywiście zamawiałam, jak zabiedzone dziecko, co jedzenia na oczy w ojczyźnie nie widziało...

Tradycja tego wyjątkowego dnia nie jest długa, ponieważ do II połowy XIX wieku jedzenie wołowiny w Japonii było prawnie zakazane, początkowo ze względu na dominującą filozofię buddyjską, później ze względów sanitarnych.  


Yakiniku pojawiło się ze względu na stopniowe otwieranie się Japonii na świat zewnętrzny, choć prawdziwy boom miał miejsce dopiero na początku lat 90., kiedy zniesiono zakaz importu mięsa do Japonii. Jak wiadomo, w Kraju Kwitnącej Wiśni dominuje górzysty krajobraz, co nie sprzyja hodowli bydła, dlatego japońska wołowina była (i nadal jest) bardzo droga i uznaje się ją za pewnego rodzaju towar luksusowy, zwłaszcza jeśli mówimy o najpyszniejszej wołowince z okolic Kobe. Ze względu na spadek cen mięsa, Japończycy wykorzystali pomysł zachodni i udoskonalili go (jak to zwykle bywa). Pasjonatów zrzesza japoński Związek Yakiniku (全国焼肉協会 czyt. zenkoku yakiniku kyōkai), którego celem i filozofią jest propagowanie tego typu kultury jedzenia.


Restauracji serwujących yakiniku oraz inne potrawy gotowe do grillowania jest w całej Japonii mnóstwo. Na czym dokładnie polega różnica? Przecież w Polsce też można zamówić sobie pieczoną na ogniu karkóweczkę czy stek i nie jest to niczym wyjątkowym. Różnica polega na tym, że klienci grillują samodzielnie i sami mogą decydować o stopniu wypieczenia. Palenisko z kratką znajduje się dokładnie po środku stołu, tak aby każdy miał do niego dostęp. Następnie kelner podaje wybrany rodzaj mięsa czy warzyw - na surowo. Wtedy pozostaje tylko wrzucić je na ruszt i pilnować, aby się nie spaliło. Taki rodzaj spożywania posiłku zdecydowanie sprzyja grupowym rodzinnym czy koleżeńskim wypadom. 


Wiele restauracji ma w swojej ofercie możliwość "jedzenia bez końca". Płaci się ustaloną z góry kwotę, a następnie można zamówić wszystko, co znajduje się w karcie (za wyjątkiem napojów). My wybraliśmy się na yakiniku w czwórkę, zapłaciliśmy 3000 jenów od głowy, po czym mieliśmy 2 godziny na wyżerkę totalną. Ja oczywiście zamawiałam, jak zabiedzone dziecko, co jedzenia na oczy w ojczyźnie nie widziało... Befsztyki, rostbefy, kalmary, krewetki, polędwiczki, sałatki, zupki, a nawet lody. Choć restauracja ma to przekalkulowane, nie tak łatwo ich nabrać. Na początku przynoszą dania szybko, a później coraz wolniej, aż w końcu zdają się zapominać. Mimo wszystko zapłaciliśmy 12 000 jenów za cały stół, a jak się okazało, zapłacilibyśmy jeszcze ok. 3000 jenów więcej, gdybyśmy zamawiali te wszystkie potrawy osobno.


Najbardziej smakowało mi to wściekle czerwone mięso. Oczywiście nie wiedziałam, co jem i jak zwykle zrobili mnie na szaro. Zjadłam na początku trzy takie kawałki i domówiłam jeszcze cztery... Po wyjściu dowiedziałam się, że to przepyszne, delikatne, rozpływające się w ustach OZORKI. Super...





Do tego wcinałam pyszną sałatkę z krewetkami.





Była jeszcze koreańska zupa, która smakowała dokładnie tak, jak wygląda tj. wypalała człowieka żywym ogniem.





A żeby przełamać ostrość zupy - super-ostre kmchi.





Na koniec dopchałam to wszystko lodami. Zamówiłam wszystkie możliwe smaki, czyli aż trzy - sakura (japońska wiśnia), yuzu (japoński owoc cytrusowy przypominający cytrynę) i czekoladowe. A następnie domówiłam jeszcze dwa - yuzu i czekoladowe. 





Po takiej imprezie wątroba musi pojechać na weekend do sanatorium (chyba że ktoś ma umiar - w przeciwieństwie do mnie), ale i tak warto. Na pewno nie powinno się jeść w taki sposób codziennie i zdecydowanie nie polecam osobom z podwyższonym cholesterolem. Dla pozostałych nie widzę przeciwwskazań.

Następny post
« Prev Post
Starszy post
Następny Post »
4 Komentarzy
avatar

A będzie też wpis o przysmakach dla roślinożerców?

Odpowiedz
avatar

Na pewno! :-) Nie mogłabym być aż tak niesprawiedliwa!

Odpowiedz
avatar

Niesamowite! Byłam w Japonii raz, i byłam pod wrażeniem, w szczególności moje kubki kulinarne. Od czasu do czasu staram się przenieść trochę japońskiej kuchni do swojej.

Odpowiedz
avatar

:-) ! My też się staramy, ale jednak produktów trochę brakuje...

Odpowiedz


WSZYSTKIE KOMENTARZE O CHARAKTERZE REKLAMOWYM BĘDĄ KASOWANE.